Gdy aktor śpiewa
Recital Konrada Imieli w klubie Firlej
Trudno pojąć jak to się dzieje, że w mieście Przeglądu
Piosenki Aktorskiej recitale takie jak ten, który z przyjaciółmi przygotował
Konrad Imiela, pojawiają się tak rzadko.
Powie ktoś, że mieliśmy przecież "Syrenę Elektro", "MC Mayaka", "Ballady morderców", a ostatnio "Piosenki pana Berangera".
Zgoda - są to jednak stosunkowo duże produkcje, a same spektakle częściej zdarzają
się niż bywają regularnie grane. O autorskich lub przynajmniej solowych recitalach
naszych artystów można tylko pomarzyć. Szkoda, bo sądząc po tym, jak w środę
(13.06.2001-przyp. aut.) wieczorem reagowała publiczność, o sprzedaż biletów
na takie przedsięwzięcia byłbym spokojny.
"Śpiewa Konrad Imiela" to tytuł prosty i
wiele mówiący. Aktor, który przestał już być "młodym zdolnym", pojawia
się w telewizji i superprodukcjach kinowych, a mimo to nie jest jeszcze gwiazdą
z pierwszej ligi, pokazał to, w czym - moim zdaniem - jest najlepszy: w piosence
zwanej aktorską.
Klub Firlej to idealne miejsce na takie kameralne produkcje. W sali jest przytulnie,
świetna akustyka, a w barku mają zimną kolę. Sam recital? Cóż, udał się znakomicie.
Konrad Imiela potrafi śpiewać, czego o śpiewających aktorach wcale tak często
powiedzieć nie można. Co więcej - jego muzykalności towarzyszy fantazja, zmysł
improwizacji i wyczucie tego, co nadaje się na scenę (gest, mimika, garderoba),
czyli po prostu dobry gust. Banalne stwierdzenie, że piosenka aktorska to taka,
w której wykonawca kreuje, opowiada, interpretuje itd. W ciągu godziny zmienia
się z eleganckiego dżentelmena a to w zapijaczonego lumpa, a to w rasowego rockmana,
w sportowej koszulce i z gitarą elektryczną przewieszoną przez ramię, tak żeby
nie przeszkadzała podskakiwać.
Aktor (i autor części piosenek) otoczył się nieznanymi szerzej, za to doskonałymi
muzykami: Piotr Dziubek - klawisze i akordeon, Adam Skrzypek - kontrabas, gitara
basowa, Michał Czwojda - perkusja, Bogna Woźniak - śpiew, Magdalena Śniadecka-Skrzypek
- śpiew, altówka. Nie tylko mu akompaniują, ale są pełnoprawnymi uczestnikami
show, grają solówki, posługują się rekwizytami (fenomenalny pomysł, by w "Rozmowach
u fryzjera" muzycy zamiast pstrykać rytmicznie palcami, grali na nożyczkach
- od małych do paznokci do potężnych ogrodniczych).
Całość zaczyna się szalenie elegancko. Główny bohater wieczoru w nienagannie
leżącej marynarce, czerwonej koszuli i takimż krawacie śpiewa piosenkę o drogich
perfumach, napisaną przez Wojciecha Kościelniaka. Muzyczny i słowny bibelot,
bardzo miły dla ucha i umysłu. Ale już w klasycznym songu Weilla i Brechta "Mandalay"
Imiela nie jest taki słodki. Krzyczy, skręca się przy mikrofonie. Za chwilę
próbuje się z samą Ewą Demarczyk - ocena, czy wyszła mu "Karuzela z Madonnami"
zagrana przez muzyków na granicy free jazzu, zależy od tego, czy ktoś jest bardzo
przywiązany do oryginału czy nie. Ja akurat nie jestem, choć uważam, że tym
razem Imiela z ekspresją trochę przesadził.
Bywało też lirycznie - autorska piosenka "Po tamtej stronie
kołdry" to już właściwie poezja śpiewana spod znaku "krainy łagodności",
gorzkie zaś "Pole garncarza" Toma Waitsa, długi monolog o życiu raczej
parszywym, z monotonnym akompaniamentem kontrabasu, to rodzaj pogadanki dla
bardzo niegrzecznych dzieci.
Przypuszczam, że po kilku (kilkunastu?) prezentacjach we Wrocławiu Konrad Imiela
i towarzyszący mu muzycy ruszą, oby w jak najdłuższe, tournee po Polsce. Krokiem
następnym powinna być selekcja, nieznaczne ujednolicenie materiału i nagranie
płyty.
A za niecały rok nowy, jeszcze lepszy program na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej.
Adam Domagała
"Gazeta Dolnośląska", 15 czerwca 2001
początek strony