Nie chcę marnować czasu w teatralnym bufecie
Travolta po polsku
Rozmowa z Konradem Imielą
W musicalu "Grease" granym w Teatrze Roma odniosłeś
wielki sukces. To twoja pierwsza rola na stołecznej scenie.
Do tej pory byłeś gwiazdą Teatru Polskiego we Wrocławiu.
Dziękuję za komplementy, ale nigdy nie byłem gwiazdą Teatru
Polskiego. Moje najważniejsze dokonania artystyczne miały miejsce
poza instytucjonalnym teatrem, na scenach offowych. Największe
moje zadania aktorskie na deskach Teatru Polskiego to główne
role w dwóch bardzo popularnych sztukach muzycznych dla młodych
widzów, ale - nie umniejszając ich rangi - to nie musicale określają
status aktora w teatrze dramatycznym. Zawsze lubiłem śpiewać,
więc...
Czyżby decyzja o zmianie teatru i miasta była podyktowana
niecierpliwością? Czy apetyt na karierę musi się w Polsce wiązać
z wyjazdem do Warszawy?
Nie zamierzam przenosić się do Warszawy! Choć cieszę się, że
mogę pracować w najlepszym polskim teatrze muzycznym. We Wrocławiu
udało mi się zdobyć pewną popularność - byłem zawsze dość aktywny,
a więc również widoczny. Ale chciałem zaistnieć w skali ogólnopolskiej.
Warszawa jest bardzo egocentryczna. Z perspektywy stolicy bardzo
rzadko zauważa się inne miasta. To wina scentralizowanych mediów.
Krakowianie wiedzą, co się dzieje we Wrocławiu, w Warszawie,
Gdańsku czy Legnicy. Podobnie poznaniacy, gdańszczanie, wrocławianie
i mieszkańcy innych miast. Polska wie, co się dzieje w Polsce.
Warszawa wie, co się dzieje w Warszawie. Kiedy zostałem zaproszony
na przesłuchanie do "Grease", uznałem, że nie ma powodu,
by się obrażać na rzeczywistość, zwłaszcza że dyrektor Wojciech
Kępczyński już kiedyś proponował mi współpracę przy "Crazy
for you". Udało się - dostałem rolę Danny'ego Zuko i zaczęło
się rockandrollowe granie, tańczenie i śpiewanie. Świetny zespół,
świetnie zarządzany teatr, znakomity repertuar.
Konkurencja była poważna. Do końca nie wiedziałeś, czy zagrasz
w przedstawieniu premierowym.
Nie wiedziałem, bo Wojciech Kępczyński chciał podjąć decyzję
w ostatnim momencie. A miałem poważnego "przeciwnika"
do roli - bardzo popularnego Michała Milowicza. Ta cała sytuacja
czteromiesięcznego konkursu kosztowała mnie sporo zdrowia, ale
nie odpuściłem... Cieszę się, że mogłem zagrać premierę i cieszę
się, że z Michałem mamy bardzo koleżeńskie, dobre stosunki.
Czy podobnie jak Milowicz uwielbiasz Elvisa i muzykę z tamtych
czasów?
Nie jestem dzieckiem rock and rolla. To raczej muzyka moich
rodziców. Ja częściej słuchałem dobrego jazzu, Ewy Demarczyk,
a potem współczesnej awangardy, np. Toma Waitsa. Ale piosenki
z filmowej wersji musicalu z Johnem Travoltą zawsze mi się bardzo
podobały. Nie marzyłem, że to właśnie ja będę pierwszym wykonawcą
ich polskich wersji.
Czy jako aktor dramatyczny nie odczuwasz niedosytu, stykając
się z banalnym musicalowym tekstem? W końcu libretto to nie
Szekspir, Witkacy ani Sarah Kane?
Na samym początku pracy miałem z tym nieco problemów. Zwykle
na próbach czytanych poszukuje się sensów, wieloznaczności,
treści ukrytych między wierszami. A tu wszystko jest bardzo
proste. Nie ma sensu szukać drugiego dna, bo go po prostu nie
ma. Walorem są za to znakomita muzyka, choreografia i widowiskowość.
To po prostu zupełnie różne gatunki artystyczne.
Czy w Polsce mamy szansę na drugi Broodway lub West End?
To będzie bardzo trudne. Wcale nie z przyczyn artystycznych,
bo jestem przekonany, że mamy już bardzo dobrych artystów teatru
muzycznego. Problemem są ceny. Musical musi mieć odpowiednią
oprawę, a to kosztuje. Rzadko zdarza się pozyskać sponsora zdolnego
udźwignąć koszty potężnej produkcji musicalowej. Obecnie takiego
teatru nie da się utrzymać tylko z wpływów z kasy. Wybitny znawca
i producent musicali, właściciel praw do wielu przebojowych
tytułów broadwayowskich (m.in. "Miss Saigon"), Cameron
Mackintosch, zapytany w Warszawie, kiedy polscy aktorzy będą
mieć gaże podobne do nowojorskich, odpowiedział ponoć, że wówczas,
kiedy widzowie będą w stanie płacić 300 zł za bilet. 75 dolarów
to średnia cena za obejrzenie takiego wieloobsadowego widowiska!
Dlaczego musicale od wielu lat podbijają świat od Nowego
Jorku do Moskwy?
Teatr dramatyczny przegrywa z kinem, zwłaszcza wśród widowni
młodzieżowej. Ale to nie kino jest dziś najbardziej nośnym artystycznym
medium. Najpopularniejsza jest muzyka! Miliony płyt, zespołów,
kalejdoskop gwiazd i stylistyk. I to właśnie muzyka może pomóc
teatrowi przeciwstawić się dominacji kina. Bo film nie przenosi
temperatury tańca i śpiewu. I teatry korzystają z tej szansy.
Przecież nie ma w Polsce scen dramatycznych, które nie mają
w repertuarze sztuk z piosenkami. Ale nie zawsze występują w
nich profesjonalni artyści potrafiący połączyć aktorstwo, śpiew
i taniec. Tylko tyle i jednocześnie aż tyle! Wojciechowi Kępczyńskiemu
udało się stworzyć taki zespół, łącząc sprawdzone gwiazdy Teatru
Roma z najlepszymi młodymi ludźmi z Teatru Muzycznego w Gdyni,
ze Studia Buffo Janusza Józefowicza, no i artystami scen wrocławskich.
Ideą dyrektora Romy jest wystawianie polskich prapremier najsłynniejszych
światowych tytułów. To świetnie, ale jestem przekonany, że powinny
także powstawać oryginalne polskie spektakle muzyczne. Nie tylko
komercyjne, ale i poszukujące nowych form wyrazu muzycznego
i poetyckiego.
Śpiewałeś jako pierwszy po polsku songi Toma Waitsa, potem
w Teatrze K2 zrealizowałeś spektakl "MC Mayak" łączący
wiersze Włodzimierza Majakowskiego z muzyką techno i rapem...
Zawsze pociągały mnie dobre, ambitne teksty, undergroundowe
klimaty muzyczne, pogranicze teatru i czystej muzyki. Jednocześnie
lubię pewną dozę szaleństwa na scenie. Raczej kolorowe futerko
i elektryczna gitara niż czarny sweter i długi płaszcz. Współczesne
utwory wielu znakomitych autorów dają szansę takiej właśnie
szalonej przygody artystycznej. Waits, Cave, Staszewski, Ciechowski...
O współpracy z Grzegorzem Ciechowskim myślałem już przy realizacji
"MC Mayaka". Zaśpiewałem jedną z jego piosenek w spektaklu
"Kombinat" w reżyserii Wojtka Kościelniaka na przeglądzie
piosenki aktorskiej. Zagrała "Republika", niestety,
bez swojego lidera. Ale jestem przekonany, że wiersze i muzyka
Grzegorza będą jeszcze wielokrotnie odkrywane przez kolejne
pokolenia.
Kiedy podjąłeś decyzję - będę aktorem!
Nigdy! Jeszcze nie podjąłem takiej decyzji. Nie wiem, kim będę
za pięć lat - muzykiem, aktorem, malarzem, kucharzem... Wiem,
że nie chcę biernie czekać w garderobie na propozycje, nie chcę
marnować czasu w teatralnym bufecie. Moje życie toczy się od
jednego własnego projektu do drugiego.
Wśród tych projektów - już zrealizowanych - jest udział
w dwóch filmowych superprodukcjach...
To paradoks! Interesuje mnie underground, a los rzuca mnie
w najbardziej komercyjne przedsięwzięcia.
..."W pustyni i w puszczy" oraz "Quo vadis".
Mój udział w "Quo vadis" był właściwie bardzo sympatycznym
wyjazdem turystycznym, ale film "W pustyni i w puszczy"
to już przygoda artystyczna. Przed sobą mam nagranie płyty,
no i ok. 300 zaplanowanych przedstawień "Grease".
Ten musical porządkuje mi najbliższe trzy lata, ale nie zamierzam
rezygnować z własnych poszukiwań.
Rozmawiała Ewa Gil-Kołakowska
"Przegląd", 20 maja 2002
początek strony
|